Słona woda wgryzała się w świeże otarcia, a w uszach wciąż huczał ogłuszający ryk sztormu. Z trudem otworzyłem oczy i poczułem pod plecami twardy, rozpalony wulkaniczny piasek. Każdy ruch przeszywał mnie dzikim bólem, ale instynkt przetrwania kazał mi się unieść. I wtedy słońce przesłoniły cienie.
Przez mętną mgłę zobaczyłem ostrza prymitywnych włóczni wymierzone prosto w moją pierś. Nade mną stały kobiety o spierzchniętej, pociemniałej od słońca skórze, przorstkich, wypłowiałych łachmanach. W ich oczach nie było współczucia, tylko czujność i pierwotna ciekawość, jakby ocean wyrzucił im pod nogi nieznanego zwierza. Jedna z nich mocniej chwyciła drzewce i coś szepnęła w dziwnym gardłowym narzeczu.
Byłem zwykłym mechanikiem okrętowym z Gdyni. bez broni, bez wojskowego wyszkolenia, tylko z rękami przywykłymi do żelaza. Patrzyły na mnie jak na łatwą zdobycz i jeszcze nie wiedziały, kogo tak naprawdę przyniósł im ocean. A jak wy byście postąpili, budząc się na zagubionym skrawku lądu, otoczeni wymierzonymi w was włóczniami?
Ale żeby zrozumieć jak znalazłem się w tym kręgu włóczni muszę cofnąć się o miesiąc do mroźnej zimy o tysiące mil stąd woda uderzyła w gróź z taką siłą że stal jęknęła niczym żywe stworzenie ja mechanik okrętowy kurczowo zaciśniętymi z lodowaciałymi palcami trzymałem się zaworu pompy zęzowej statek rzuciło w prawo i lodowata breja wymieszana z mazutem i rdzą chlusnęła mi w twarz Z zamarzniętej styczniowej Gdyni wypłynęliśmy niemal miesiąc temu, a przez cały ten czas nasz zardzewiały masowiec skradał się tajnymi południowymi szlakami coraz dalej od rodzimych stron. Bałtyk dawno został za nami. Teraz miotało nami gdzieś na otwartym oceanie ze zniszczoną nawigacją. A tutaj sztorm nie wybacza absolutnie niczego.
Silnik zakrztusił się i ucichł. To najgorszy dźwięk, jaki mechanik może usłyszeć w czasie sztormu. Cisza maszyny oznacza, że statek traci prędkość i zamienia się w zwykły kawał żelaza wystawiony na uderzenia fal. Na górze na mostku krzyczał Roman, kapitan tej zardzewiałej przemytniczej krypy.
Nie rozróżniałem słów przez ryk wiatru, ale ton zrozumiałem od razu. Panika. Zwykły facet po 30est o rękach przywykłych do ciężaru klucza i chłodu stali. Oto kim byłem ja sam.
Bezrobocie, zamknięte stocznie, puste nabrzeża z ubożałego portu. Oto co zagnało mnie na ten pokład. Jednorazowy rejs z pominięciem cła, żeby spłacić długi. A do tego jeszcze konkurenci, ludzie bezwzględnego bossa przestępczego świata, Kaverego, którzy szli za nami tym samym przemytniczym szlakiem, dopóki sztorm nie wyrównał wszystkim szans, zamieniając pościg we wspólną walkę o życie.
Kolejna fala runęła na pokład. Światło w maszynowni mrugnęło i zgasło na zawsze. W nieprzeniknionej ciemności podłoga wysunęła się spod nóg pod nienaturalnym kątem. Zgrzyt rozdzieranego metalu zagłuszył ryk oceanu.
Zimna woda runęła z góry potężnym strumieniem w mgnieniu oka sięgając piersi. Piekła wysając ciepło i wolę. Wykonalem jedyny możliwy skok w stronę włazu awaryjnego, dławiąc się słoną pianą i zapachem oleju napędowego. Uderzenie o coś twardego.
Świat się przewrócił. Płuca zapłonęły, a potem zimna czarna woda pochłonęła wszystko. Odzyskiwałem przytomność zrywami. Pierwszy zryw zapach.
Ostry, duszący zapach siarki i gnijących wodorostów. Żadnego mazutu. Drugi zryw. Ból.
Wargi popękały tak, że każdy ruch odbijał się smakiem własnej krwi. Trzeci zryw. Czuc. Pod policzkiem było coś szorstkiego, kłującego i parzącego gorącem.
Nie lodowata stal pokładu. Piasek. Czwarty zryw. Wzrok.
Z trudem rozlepiłem zapalone powieki. Zamiast niskiego, ciężkiego od chmur nieba. zimowego Bałtyku i lecącego w twarz mokrego śniegu runęło na mnie okrutne tropikalne światło. Słońce stało w zenicie.
Leżałem na brzuchu wtulając twarz w czarny wulkaniczny piasek. Powietrze było gęste, wilgotne jak w cieplarni. Przejście z lodowatego piekła do tego rozpalonego pieca zniszczyło resztki logiki. Ile dni niosło mnie na kawałku drewnianego pomostu.
W pamięci zostały tylko urywkowe halucynacje, pragnienie i nieskończone kołysanie. Spróbowałem unieść się na łokciach. Mięśnie odpowiedziały tępym drżeniem. Żyłem sam.
Nikogo z załogi Romana nie było w pobliżu. Nie wiedziałem, czy fala wyrzuciła na brzeg jeszcze kogoś. Szelest, ciche, przytłumione kroki na piasku. Obróciłem głowę, mrusząc oczy przed oślepiającym słońcem i zamarłem.
Nade mną stały kobiety, kilka postaci w wypłowiałych, niezdarnie zszytych łachmanach z żaglowego płótna i workowiny o ciemnej odwiecznej opalenizny spierzchniętej skórze. W rękach ościenie rybackie z grotami z ostro obłupanego bazaltu wymierzone w moją pierś. Patrzyły uważnie i oceniająco, bez cienia litości. Jedna, młodsza i zwinniejsza od pozostałych, mocniej chwyciła drzewce i cicho rzuciła coś w zniekształconym gardłowym narzeczu.
To była polszczyzna, ale z dziwnym archaicznym akcentem. Nie podniosły krzyku. Jedna pobiegła w stronę dżungli, wezwać innych. Czekanie trwało długo.
W końcu piasek zachrzęścił pod ciężkimi krokami i z zarośli wyszli mężczyźni nadzorcy. "Wstawaj!" powiedział jeden z nich o ciężkiej kwadratowej twarzy, którego włosy przewiązane były brudnym sznurem. Przełknąłem lepką ślinę. Próbowałem się odezwać, ale z gardła wydobył się tylko suchy harkot.
Uniosłem puste ręce, pokazując, że nie stanowię zagrożenia. I z trudem stanąłem na trzęsących się nogach. Dwóch od razu podeszło do mnie i związało mi ręce z przodu szorstkim sznurem z twardych włókien roślinnych, który wpił się w nadgarstki. Kim jesteście?
Wyharczałem. Gdzie jestem? Milcz. Uciął kwadratowy.
Wacław zdecyduje, co z tobą zrobić. Idziemy. Pchnięcie w plecy. Potknąłem się, ale utrzymałem równowagę.
Poprowadzono mnie od brzegu w głąb wyspy. czarna plaża ustąpiła miejsca gęstej, wilgotnej dżungli. Powietrze stało tu nieruchomo, przesiąknięte zapachem butwiejącego listowia i wszechobecnej siarki. Po mroźnej gdyńskiej zimie wyglądało to jak inna planeta.
Każdy krok odbijał się bólem w otartych stopach, ale mózg mechanika już pracował. Nie są dzikusami w pełnym tego słowa znaczeniu. Mówią po polsku. Mają na sobie resztki tkanin splecionych nie z liści palmowych, lecz z czegoś, co kiedyś było materiałem przemysłowym.
Po jakichś 20 minutach ciężkiej wspinaczki dżungla rozstąpiła się odsłaniając osadę. Leżała w naturalnej wulkanicznej misie. Kilkadziesiąt prostych chat ułożonych z bazaltowych kamieni i krytych palmowymi gałęziami. W centrum otwarta przestrzeń, ziemia wydeptana do twardości betonu, ale najbardziej rzucało się w oczy co innego.
Ludzie i ich rolle. Wszędzie kobiety. Jedne suszyły ryby na rozpalonych kamieniach, inne dźwigały ciężkie kosze z korzeniami. Jeszcze inne zgięte w pół plotły sznury.
Twarze wynędzniałe, ruchy mechaniczne, uległe. Na ich tle wyraźnie odróżniało się kilku mężczyzn przechadzających się między chatami z włóczniami. Nadzorcy nie pracowali, pilnowali. Podprowadzono mnie do krawędzi głębokiego dołu wykopanego wprost w twardym, skalistym gruncie.
Na dnie było wilgotno i ciemno. Na dół rozkazał kwadratowy. Spróbowałem się obrócić, żeby cokolwiek powiedzieć, ale silne uderzenie drzewcem włóczni pod kolana zwaliło mnie z nóg. Jeszcze jedno pchnięcie i poleciałem w dół, boleśnie uderzając ramieniem o nierówne dno.
Z góry z głuchym stukotem opadła ciężka drewniana krata z grubych gałęzi, odcinając słoneczne światło. Kroki na górze ucichły. Samotność, duchota i pulsujący ból w całym ciele. Oparłem się plecami o ziemną ścianę, próbując wyrównać oddech.
Całe moje życie w Gdyni wydawało się teraz odległą, nierealną baśnią. Mały wynajmowany pokój z wiecznie przyciekającym kaloryferem, zapach tanich papierosów w stoczni, rozpacz, kiedy majster ogłosił zwolnienia i tamten fatalny wieczór w portowym barze, gdy Roman zaproponował szybkie pieniądze za rejs na otwarte morze. Miałem tylko doglądać zużytego diesla, a teraz siedziałem w ziemnym dole na zagubionej wyspie w tropikach, związany przez ludzi, którzy jakby wynurzyli się z minionego wieku. Dzień ciągnął się męcząco długo.
Słońce przechodząc przez zenit nagrzało powietrze w dole do stanu sauny. Pragnienie doprowadzało do szaleństwa. Język spuchł, myśli się plątały. Bez wody nie przetrwam nawet dwóch dup.
Dopiero gdy krata nade mną pogrążyła się w zupełnej ciemności i powietrze nieco ostygło, usłyszałem szelest. Miękie, niemal nieważkie kroki, nie ciężkie stąpanie nadzorców. Między prętami kraty przemknął cień. Pij!
Rozległ się z góry cichy, kobiecy głos. Przez kratę przecisnęło się niewielkie naczynie wyrzeźbione z grubej łodygi bambusa. Rzuciłem się ku niemu, chwyciłem związanymi rękami, zdzierając skórę i przywarłem do krawędzi. Woda była słodka, chłodna, z lekkim posmakiem gliny.
Nigdy w życiu nie piłem nic słodszego. Wypiłem wszystko do ostatniej kropli. Nie hałasuj. Znów szepnął głos.
W szczeliny wpadło zawiniątko z szerokiego liścia. Rozgnieć i przyłóż do ran. Sok obniży gorączkę. Oczy zdążyły już przywyknąć do ciemności.
Rozróżniłem tylko niewyraźny zarys. Po lekkich, szybkich ruchach zrozumiałem. Dziewczyna całkiem młoda. Kim jesteś?
Spytałem ledwie dosłyszalnie. Mam na imię Kinga. Odpowiedziała. W jej głosie nie było ani strachu, ani tej uległości, którą widziałem u innych kobiet za dnia.
Raczej zimna, napięta sprężyna gniewu. Dziękuję ci. Jestem Kajetan Sikora, mechanik okrętowy. Nie jestem wrogiem.
Mój statek zatonął. Wacławowi jest obojętne kim jesteś. Sucho odparła Kinga. On boi się wszelkich obcych z wielkiego lądu, bardziej niż duchów wulkanu.
Ten Wacław to ich przywódca. To nie jest zwykły przywódca. Rządzi wodą. Kinga umilkła na chwilę wsłuchując się w nocne odgłosy dżungli.
Upewniwszy się, że panuje cisza, mówiła dalej szeptem. 100 lat temu, może więcej, statek naszych przodków rozbił się o skały po wschodniej stronie. Przeżyło niewielu. Wacław jest potomkiem kapitana tamtego statku.
Na wyspie jest tylko jedno stałe źródło słodkiej wody. Głęboka studnia w skal. Dzień i noc strzegą jej nadzorcy Wacława. Dowodzi nimi Marian, ten o kwadratowej twarzy, który cię pojmał.
Przy nim Leon i jeszcze kilku młodych chłopaków. Kto nie pracuje, nie pije. Mężczyźni strzegą źródła, a my, kobiety, nurkujemy w oceanie po ryby i kraby. Zbieramy korzenie, pleciemy sieci.
Przyniesiemy za mało jedzenia, nie dostaniemy wody. Powie ktoś słowo sprzeciwu, zostanie w dole bez kropli. Słuchałem. Żadnej mistyki.
zamknięty system, w którym władza opiera się na najprostszej rzeczy, na wodzie. Woda, zwykły monopol jak w latach 90 na ulicach Gdyni. Tylko, że tutaj stawką nie są pieniądze, lecz życie. Dlaczego ich nie obalicie?
Spytałem. Kobiet jest więcej. Kinga uśmiechnęła się gorzko. Mają włócznie i wiedzą jak zawalić studnię.
Wacław zawsze mówi: "Podniesiemy bunt, zasypie źródło kamieniami i wszyscy zdechniemy z pragnienia". Nikt nie chce sprawdzać, czy ma rację. Gdzieś w oddali trzasnęła gałąź. Kinga w mgnieniu oka się spięła.
Muszę iść. Rano po ciebie przyjdą. Zaprowadzą cię do Wacława. Nie proś o litość.
On nią gardzi. Ale też nie drażnij go otwarcie. On jest tchórzem, kajetanie. A tchórze zawsze zabijają cudzymi rękami.
Rozpłynęła się w ciemności równie bezszelestnie, jak się pojawiła. Zostałem sam. Namacałem zawiniątko, rozgniotłem szorstkie liście palcami i przyłożyłem wilgotną papkę do piekących ramion i otartych nadgarstków. Ból zaczął powoli ustępować, wypierany przyjemnym chłodem.
Rano odsunięto kratę. Dwóch nadzorców, Leon i ten sam kwadratowy Marian, spuściło na dół pętle ze sznura. Obwiąż się i wchodź! rzucił Marian.
Wygrzebałem się z dołu, mrużąc oczy przed jasnym słońcem. Nie bili mnie, ale brutalnie poprowadzili do centrum osady. Tam na podwyższeniu z płaskich bazaltowych płyt, siedział starzec Wacław, siwy jak gołąb, z głębokimi zmarszczkami przecinającymi twarz. Ale w przeciwieństwie do umięśnionych nadzorców i wynędzniałych kobiet, skóra Wacława była niemal gładka, ciało miękkie.
Nie znał ciężkiej pracy. Na piersi wisiał sczerniały, miedziany medalion, najwyraźniej relikt z rozbitego przed wiekiem statku. W jego oczach czaił się lepki, paranoiczny strach człowieka, który od lat czeka, aż po niego przyjdą. Wokół placu zebrało się całe plemię.
Kobiety stały z boku ze spuszczonymi oczami. Pośród nich zauważyłem Kingę. Patrzyła prosto na mnie, skrzyżowawszy ręce na piersi. Człowieku z wielkiego lądu.
Głos Wacława okazał się niespodziewanie wysoki i skrzypiący. Ocean wypluł cię na nasz brzeg. Dlaczego nie mielibyśmy zwrócić cię z powrotem oceanowi? Wyprostowałem ramiona, przezwyciężając ból.
Nazywam się Kajeta Msikora. Mój statek poszedł na dno w sztormie. Nie przyszedłem odbierać wam ziemi. Chcę tylko przetrwać.
Jestem mechanikiem. Umiem pracować rękami. Mogę być przydatny. Słowo mechanik nic Wacławowi nie mówiło, ale pewny ton wyraźnie mu się nie spodobał.
Starzec nerwowo pociągnął się za brodę. Nie potrzebujemy twoich rąk, obcy. Mamy ręce. Nasze prawa są stare jak ten kamień.
Obcy przynosi zmiany. Zmiany przynoszą śmierć. Przyniosłeś zapach gnijącego świata, z którego przybyłeś. Wacław obwiódł wzrokiem plemię, podnosząc głos, by każda kobieta słyszała jego władzę.
Ale nie jesteśmy mordercami. Żyjemy według prawa prób. Ocean cię przywiódł. Niech ocean cię osądzi.
Uznają cię duchy wody. Zostaniesz przy życiu i będziesz pracował jak wszyscy. Nie, twoje kości legną na dnie. Spiąłem się cudzymi rękami przypomniały mi się słowa Kingi.
Starzec po prostu chce urządzić legalną egzekucję. Jaka próba? Spytałem równym głosem. Wacław uśmiechnął się z zadowoleniem, obnażając żółte zęby.
Zachodni Kliff. Tam, gdzie skały schodzą pod wodę, jest głęboka jaskinia. W jej głębi, tam gdzie nie dociera już żadne światło, rośnie świecący koralowiec. Potrzebujemy go do leczniczych wywarów.
Zdobądź go. Przynieś mi jedną gałąź, a dostaniesz prawo do picia z naszego źreródła. W tłumie kobiet przetoczył się cichy, przerażony szept. Kinga ledwie dostrzeganie pokręciła głową.
Oczy jej się rozszerzyły z niepokoju. Uchwyciłem ten gest. A więc jaskinia nie była po prostu głęboka. Pójdziesz tam w południe ciągnął Wacław opierając się o swój kamienny tron.
Marian i Leon cię zaprowadzą. Żadnych lin, tylko ty i woda. Patrzyłem na uśmiechającego się starca i już domyślałem się, co mnie czeka. Z pewnością głęboka podwodna jaskinia, wąskie wejście, gwałtowne zmiany prądów podczas przypływu bez powietrza w ciemności.
Zwykły człowiek zejdzie tam i już nie wygrzebie się z powrotem pod prąd. Wszystko obliczone na to, żebym się udusił. Starzec wysyłał mnie na pewną śmierć. Znów brutalnie chwycono mnie za ramiona i pociągnięto ku krawędzi osady.
Marian rozciął mi sznur na nadgarstkach odłamkiem bazaltu. Żadnych lin, tylko ty i woda. Jak nakazał Wacław. Do południa zostało parę godzin.
Siedziałem na gorącym kamieniu pod strażą Mariana, patrząc na bezkresny błękit oceanu. Panika powoli podchodziła mi do gardła, ale zmusiłem się do głębokiego wdechu. Nie jestem wyczynowym pływakiem. Nie wstrzymam oddechu na trzy minuty pod obciążeniem.
Tego zadania nie rozwiąże siłą. Ale jestem mechanikiem okrętowym. Całe świadome życie miałem do czynienia z ciśnieniem, rurami, zaworami i powietrzem. Silnik spalinowy, pompa zęzowa, pneumatyka to zwykła fizyka, a ludzkie płuca też są pompą.
Spojrzałem na zarośla za sobą. Grube puste łodygi bambusa. Na pniach niektórych drzew błyszczała gęsta, lepka żywica, topniejąca w słońcu. Na kamieniach schły ogromne rybie pęcherze, odpadki z porannego połowu, których kobiety nie zdążyły wyrzucić.
Części mechanizmu leżały przede mną. Trzeba było tylko złożyć je w całość. Miałem zaledwie parę godzin, żeby wymyślić system przetrwania z odpadów i błota. Inaczej umrę jeszcze dziś na dnie tej przeklętej wyspy.
Zamknąłem oczy, wyobrażając sobie gotowy rysunek. Czas ruszył. Majster Bolesław, przesiąknięty dymem weteran stoczni w Gdyni, lubił powtarzać: "Kajetanie, ciśnienie nie ma emocji. Woda naciska, powietrze się opiera.
Znajdziesz równowagę, przeżyjesz. Pomylisz się o milimetr, rura pęknie i cię zgniecie. Teraz rurą były moje własne płuca, a agresywnym środowiskiem toń oceanu. Batyskaw nie jest mi potrzebny.
Potrzebny jest tylko jeden dodatkowy wdech na głębokości, jeden cykl pracy pompy, żeby oszukać śmierć. Otworzyłem oczy i rozejrzałem się. Marian stał 10 kroków dalej, leniwie opierając się o włócznie, oślepiony południowym słońcem. Upał topił powietrze, zniekształtając sylwetki.
Nieopodal na rozpalonych czarnych kamieniach wśród rybich wnętrzności leżały podeschnięte półprzezroczyste pęcherze pławne dużych oceanicznych ryb, wytrzymałe i wodoszczelne. Musiałem odwrócić uwagę strażnika dokładnie na dwie minuty. Spotkałem się wzrokiem z Kingą. Stała przy zadaszeniu, przebierając suche wodorosty.
Ledwie dostrzegalnie kiwnąłem w stronę Mariana. Potem zerknąłem na rybie odpadki. Zrozumiała w mgnieniu oka. Kinga nie była wojowniczką, ale rytm życia tego plemienia znała lepiej niż ktokolwiek.
Uniosła ciężki pleciony kosz pełen ostrych muszli. Zrobiła kilka kroków w stronę strażnika i niby przypadkiem się potknęła. Kosz z hukiem runął na bazaltowe płyty. Muszle prysnęły na wszystkie strony, chrzęszcząc pod nogami.
Marian zaklął, instynktownie odskakując i odwracając wzrok. Niezdarna baba. Ryknął zamachując się drzewcem włóczni. Zbieraj to natychmiast.
To mi wystarczyło. Bezszelestnie przemknąłem ku kamieniom. Chwyciłem dwa największe pęcherze. Suche, ale wciąż zachowujące elastyczność.
Obok walały się odłamki grubych łodyg bambusa. Podniosłem jeden długości dłoni i ostrym odłamkiem muszli przebiłem cienką wewnętrzną przegrodę. zamieniając łodygę w pustą rurkę. Na kamieniach bulgotała gęsta bursztynowa żywica, roztopiona od żaru.
Nabrałem jej palcami, parząc skórę. Gęsto obsmarowałem końce rurki i naciągnąłem na nie rybie pęcherze. Powstał prosty, ale szczelny pojemnik. Nabrawszy głęboko powietrza, przycisnąłem wargi do otwartego końca rurki i z siłą dmuchnąłem do środka.
Pęcherze się nadęły, żywica zastygła na amen. Powietrze nie uchodziło. Mój osobisty zapasowy zbiornik. Ostrożnie schowałem go pod szorstką workowinę zastępującą koszulę, starając się nie zgnieść i nie wypuścić cennego powietrza i przycisnąłem do brzucha pasem z pnącza.
Kiedy Marian odwrócił się do mnie, siedziałem na dawnym miejscu, pocierając otarte nadgarstki. Wstawaj obcy rozkazał Marian. Obok stanął Leon, drugi nadzorca, równie krzepki i obojętny. Czas.
Poprowadzono mnie ku zachodniemu klifowi. Słońce paliło tak, że czarny bazalt pod bosymi stopami zdawał się rozpaloną patelnią. Każdy krok odbijał się bólem, ale nie zwracałem na to uwagi. Skupiałem się na oddechu.
Wdech, wydech. Powoli, równomiernie. nasycając krew tlenem. Ocean po zachodniej stronie wyspy był inny.
Ani łagodnej plaży, ani piasku. Ogromne czarne skały pionowo opadały w kipiącą wodę. Fale z głuchym, dławionym rykiem rozbijały się o bazalt, rozpryskując się chmurami białej piany. Na dole u samego podnóża klifu czerniała rozpadlina, wejście do podwodnej jaskini.
Woda to z szumem wsysała się tam, tworząc wir, to z rykiem wylewała się z powrotem, nieubłagany tłok oceanu. Wacław już czekał na górze, siedząc na prostej drewnianej lektryce, którą przytaszczyły tu kobiety. Za jego plecami tłoczyli się mieszkańcy osady. Przyszli oglądać egzekucję.
Ocean czeka. zaskrzypiał starzec, otulając się opończą mimo upału. Jego małe oczka biegały po mojej twarzy, szukając oznak paniki. Koralowiec rośnie na samym dnie.
Nie przyniesiesz, nie wracaj. W jego spojrzeniu była zimna, byważona wrogość. Wszystko sobie wykalkulował. Podszedłem do krawędzi urwiska.
Na dole kipiała woda. Zamknąłem oczy. Dokonałem trzy głębokie maksymalne wdechy, wypełniając płuca do granic. Pstrzymałem oddech i zrobiłem krok w pustkę.
Uderzenie o wodę było twarde. Kontrast między 40 stopniowym upałem na lądzie a chłodem głębinowych prądów w mgnieniu oka ścisnął mięśnie. Sól wgryzła się w świeże otarcia. Otworzyłem oczy w mętnej, kipiącej zielonej wodzie i zacząłem pracować nogami, schodząc w dół, zanim fala zdążyła cisnąć mną o skały.
Ciśnienie zaczęło narastać od razu. W uszach zadzwoniło. Przełknąłem ślinę, żeby wyrównać ciśnienie i skierowałem się ku czarnej gardzieli jaskini. Prąd porwał mnie jak drzazgę.
Ocean brał wde dech, wciągając wodę w głąb skały, a ja pozwoliłem mu się nieść, oszczędzając siły. Jaskinia mnie pochłonęła. Światło znikło nieman natychmiast, ustępując gęstemu, przytłaczającemu mrokowi. Jedynie słaba, rozmyta poświata majaczyła daleko w dole.
Wiosłowałem rękami w ciemności, kierując się wyłącznie tym upiornym światłem. Klatka piersiowa zaczęła już wysyłać pierwsze sygnały alarmu. Mózg domagał się wdechu, ale tłumiłem odruch wysiłkiem woli. Mechanizm wciąż działa, paliwo jeszcze jest.
Poświata stawała się jaśniejsza. To nie była ani magia, ani klątwa, którymi Wacław straszył swoich ludzi. Zwykła bioluminescencja. Rzadki jaskinowy koralowiec, którego polipy same wydzielały zimne światło w odpowiedzi na ruch wody.
Całe zarośla wyściełały nierówne dno jaskini, mieniąc się zielonkawo błękitnym blaskiem. Sięgnąłem do najbliższej gałęzi. Palce ześlizgnęły się po śliskiej powierzchni, natrafiając na ostre jak brzytwa krawędzie. Szarpnąłem koralowiec ku sobie.
Nie ustępował. Płuca pulsowały krótkimi, bolesnymi skurczami. Poziom dwutlenku węgla we krwi osiągnął punkt krytyczny. Zaparłem się nogami o skałę, zdzierając skórę i szarpnąłem z całej siły.
Gałąź z wilgotnym chrzęstem się odłamała. Ciemna smuszka mojej krwi zawirowała w wodzie, podświetlona zielonym blaskiem. Teraz w górę. Odwróciłem się ku wyjściu i wtedy ocean wziął nowy wdech.
Potężny prąd rzucił wodę z powrotem w głąb skały, uderzając mnie w pierś i zatrzymując w miejscu. Wiosłowałem z całej siły, ale woda jakby zamieniła się w beton. Wyjście było gdzieś tam w górze, niewidoczne w mroku. Ogarnęła mnie panika.
Pierś płonęła tak, jakby wlano do środka rozżarzony ołów. Przepona drgała. Nie mogłem już dłużej utrzymać powietrza. Jedna ręka puściła koralowiec, psunęła się pod workowinę i wyrwała przyrząd.
Przycisnąłem bambusową rurkę do warg i z całej siły ścisnąłem rybie pęcherze. W usta uderzył strumień zatęchłego, ciepłego powietrza, przesiąkniętego zapachem zgniłej ryby i surowej żywicy. Smak był obrzydliwy, ale to było powietrze. Wciągnąłem ten skąpy łyk, wyciskając pęcherze do końca.
Ten łyk marnego powietrza przełamał śmiertelny odruch. Ból w piersi nieco ustąpił, a wzrok, który zaczynał już zwężać się w czarny tunel, znów się by klarował. Kilka bezcennych sekund. Wszystko, co dał mi mój prymitywny mechanizm.
Prąd nieco osłabł, przygotowując się do nowego cyklu. Odepchnąłem się od ściany i rzuciłem w górę, pracując nogami na granicy ludzkich możliwości. Jaśniejąca plama wyjścia zbliżała się rozpaczliwie wolno. 5 metrów, trzy, jeden.
Przebiłem powierzchnię, łapczywie chwytając powietrze otwartymi ustami. Ryk oceanu uderzył mnie w uszy. Kołysałem się na falach u podnóża klifu, żywy ściskając w zakrwawionej ręce świecącą zieloną gałąź. Na górze, na skal panowała cisza, ani krzyków, ani szeptów.
Podpłynąłem do prostych kamiennych stopni wykutych w skalę i zacząłem się wspinać. Nogi drżały, kolana się uginały, woda spływała ze mnie strumieniami. Wyszedłem na płaskowyż, ciężko dysząc i rzuciłem świecący koralowiec wprost pod nogi Wacławowi. Z suchym stukotem uderzył o bazalt.
Tłum westchnął jednym tchem. Jeden wspólny dźwięk dziesiątek kobiet, które spodziewały się zobaczyć trupa, a ujrzały żywego człowieka ze świecącą gałęzią z samego dna. Twarz Wacława pobladła. Patrzył na koralowiec, potem na mnie.
Wyniosłość władcy znikła. W jego oczach zastygło zwierzęce nieskrywane przerażenie. Przeżyłem tam, gdzie według ich wiary przeżyć się nie dało i widzieli to wszyscy. Wody wyharczałem prostując się i patrząc mu prosto w oczy.
Starzec z trudem przełknął ślinę, wpijając palce w drewniane oparcia lektyki. Nie mógł odmówić przy wszystkich. Prawo, które sam ustanowił, teraz działało przeciwko niemu. Dajcie mu pić.
Wydusił Wacław, nie patrząc na mnie. i dopuśćcie do pracy. Ocean go uznał. Machnął ręką na nadzorców i pospiesznie rozkazał zabrać elektrykę.
Starzec uciekał. Marian podszedł do mnie. Brutalnie wcisnął mi w ręce wydrążone naczynie z wodą, ale w jego ruchach nie było już dawnej pewności. Piłem, czując jak wilgoć zmywa sól z poparzonego gardła.
Próbę przeszedłem, ale taki tchórz jak Wacław nie wybacza tym, którzy wystawili go na pośmiewisko. Wieczorem wyznaczono mi miejsce na samym skraju osady pod zniszczonym zadaszeniem z palmowych liści. Nie więzienie, ale i niewolność. Izolacja.
Kobietom zakazano się do mnie odzywać. Leżałem na twardej macie, słuchając trzasku ognisk i szumu przy boju. Mięśnie rwały po potwornym wysiłku, skóra piekła od słonej wody i skalczeń, a ramię potłuczone o dno dołu tempo bolało przy każdym ruchu. Cień bezszelestnie oddzielił się od zarośli i wsunął pod zadaszenie.
Kinga poruszała się tak cicho, jakby w ogóle nie dotykała ziemi. W rękach trzymała zawinięty w liść kawałek pieczonego mięsa kraba. Podała mi go. Nie umarłeś!
Powiedziała cicho, przykucając obok. W jej głosie brzmiała dziwna mieszanina szacunku i podejrzliwości. Nie miałem takiego zamiaru. Odparłem przyjmując jedzenie.
Po kilku dniach głodu było to najlepsze, co jadłem. Dziękuję. Kinga patrzyła na mnie, a jej ciemne oczy błyszczały w blasku odległych ognisk. Teraz przyjrzałem się jej z bliska.
Twarz wyrazista, uparta. Na przedramionach i ramionach biaława sieć starych śladów zostawionych przez rafy. Żywicielka. Jak to zrobiłeś?
spytała. Z jaskini nikt nie wraca, nawet najlepsze pływaczki naszego rodu. Żadnego wywaru z tego koralowca Wacław nigdy w życiu nie ważył. To po prostu piękny sposób, żeby pozbyć się obcych rękami oceanu.
Fizyka. Przełknąłem kawałek i wytarłem usta. Jestem mechanikiem, Kingo. Zmontowałem sobie drugi wdech z rybich pęcherzy i żywicy.
Oszukałem wodę. Długo milczała, przetrawiając to, co usłyszała. Koncepcja inżynierskiego wyliczenia była jej obca, ale Kinga nie była głupia. Widziała rezultat.
Wacław jest wściekły. Odezwała się w końcu. Zamknął się w swojej chacie. Marian i Leon strzegą wejścia.
Boi się ciebie. Pokazałeś wszystkim, że nie jest wszechmocny. On kontroluje tylko studnie. Sprzeciwiłem się.
A co z resztą wyspy? Żyjecie tu od pokoleń. Musicie znać każdy kamień. Kinga pokręciła głową, obejmując kolana.
Wyspa to pułapka. Na południu czarne błota. Tam woda jest zgniła, pełna trujących pnączy. Na północy dolina martwej ziemi.
Tam spod ziemi biją siarkowe gejzery. Para jest tak gorąca, że zabija na miejscu, ale tylko tego, kto stąpnie nie tam, gdzie trzeba. Pod cienką skorupą kryje się wrząca maś, a z ziemi tryskają strugi wrządku. A dalej, za tą samą doliną, w głębi wyspy jest wąski wąwóz z czarnymi bazaltowymi głazami.
Ledwo się trzymają, gotowe runąć od najlżejszego wstrząsu. Bezpiecznie jest tylko tutaj w osadzie, a Wacław trzyma źródło. Zależymy od niego jak ryby od przypływu. Znacie niebezpieczne ścieżki.
powiedziałem w zamyśleniu. Codziennie chodzicie przez dżunglę, nurkujecie przy rafach, a nadzorcy? Marian i Leon. Kinga pogardliwie skrzywiła usta.
Siedzą przy studni. Zapomnieli jak pachnie las. Ich siła to tylko długie włócznie i strach kobiet. Gdyby nie Wacław, powiedziałem cicho, urządziłybyście sobie życie inaczej.
Zbierałybyście deszczówkę, budowałybyście zbiorniki. Mówisz dziwne słowa, mechaniku. Wstała, gotując się do odejścia. Jutro poślą cię dźwigać kamienie na nowe chaty.
Strzeż się, Mariana. Będzie próbował cię złamać, zanim staniesz się prawdziwym problemem. odeszła rozpływając się w nocy. Zostałem sam wpatrzony w czarne tropikalne niebo.
Po raz pierwszy odkąd trafiłem na wyspę miałem sojusznika. Słabego, zastraszonego, ale sojusznika. Poranek zaczął się od brutalnego szturchnięcia drzewcem w żebra. Leon stał nade mną, szczerząc zęby.
Do roboty, człowieku z morza. Pognano mnie na północne obrzeża osady. Tam u podnóża wzgórza składowano bazaltowe głazy wyłamane ze skały. Praca prymitywna, katorżnicza.
Wziąć ciężki, szorstki kamień, przetaszczyć go pół kilometra do budowanych chat i wrócić po następny. Palące słońce zamieniało trud w torturę. Plecy pokryły się potem. Potłuczone ramię płonęło przy każdym podniesieniu.
Leon stał w cieniu palm, obserwując mnie i jeszcze 10 kobiet ciągnących tę samą harówkę. Minęły dwie godziny. Opuściłem kolejny głas na ziemię, wycierając czoło rękawem workowiny i nagle znieruchomiałem. Dźwięk z początku wydał mi się halucynacją od przegrzania.
niski, rytmiczny, wibrujący pomruk. Nie wpasowywał się w symfonię dżungli. Nie przypominał ani szumu przyboju, ani krzyku ptaków. To był mechaniczny puls.
Uniosłem głowę i spojrzałem w stronę oceanu, gdzie za wierzchołkami drzew widniał horyzont. Warkot stawał się wyraźniejszy, ciężkie stukanie tłoków, okrętowy diesel, nie mała rybacka łódka, potężny silnik. pracujący na pełnych obrotach, a nawet dwa silniki. Kobiety wokół rzuciły pracę.
Przestraszone spoglądały po sobie, przyciskając ręce do piersi. Leon czujnie wyszedł z cienia, ściskając włócznie. Co to za duchy wyją? Krzyknął patrząc na mnie.
Jakbym to ja był winny. Nie odpowiedziałem. Patrzyłem na skrabek wody między drzewami. Zzapla powoli przecinając falę śnieżno-białym kilwaterem wypłynęła motorówka.
Szara o niskiej sylwetce przerobiona z myślą o szybkości i niepozorności. Na dziobie metalowe nadbudówki, jakich nie ma na zwykłych jachtach. Oblał mnie zimny pot, mimo tropikalnego żaru. Znałem tę motorówkę.
Widziałem ją w porcie w Gdyni. Ludzie Kaaverego, bandyci, którzy gonili nasz statek aż do samego sztormu. Nie poszli na dno. Ich statek wytrzymał.
Widocznie ruszyli naszym tropem, przeczesując morze w poszukiwaniu ładunku albo po prostu odpowiedniej zatoki na tajną bazę przeładunkową i natknęli się na tę ziemię. W osadzie wybuchła panika. Kobiety z krzykiem rzuciły się ku chatom, chwytając dzieci. Ze swojej chaty wybiegł Wacław.
Twarz starca była szara z przerażenia. Wielki ląd, na który czekał 100 lat, przyszedł po niego. Obcy! Zawrzeszczał Wacław, wskazując drżącym palcem na motorówkę, która już zwaliała przy rafach.
Demony z żelaznego statku do broni. Marian, Leon i jeszcze dwóch młodych nadzorców zbili się w bezradną gromadę wokół starca. W ich rękach drżały długie drewniane włócznie z kamiennymi grotami. Przywykli straszyć bezbronne kobiety.
Prawdziwego wroga nie widzieli ani razu. Wacławie, stój! Krzyknąłem, rzucając się ku starcowi. Marian natychmiast zagrodził mi drogę, wystawiając włócznie.
Posłuchaj, to nie duchy. To uzbrojeni ludzie. Mają broń palną, karabiny automatyczne. Twoje włócznie przeciw nim to drzazgi.
Schowaj ludzi w dżungli. Zamknij się brudny psie! Wyharczał Wacław. Strach pozbawił go resztek rozsądku.
Chciał obronić swoją władzę, swoją studnię, swoją jedyną wartość. Moi wojownicy zabiją ich na brzegu. Idźcie i nie wpuszczajcie ich na ląd. Idźcie!
Popchnął Mariana w plecy. Marian, Leon i dwóch pomocników z włóczniami niepewnie ruszyli ku ścieżce prowadzącej na plażę. Jeszcze dwóch młodych rzuciwszy okiem na zbliżającą się motorówkę cisnęło włócznie i wśliznęło się do chat. To była rześ.
Ludzie Xaverego, zaprawieni w bandyckich porachunkach lat 90 nie będą rozmawiać z tubylcami. Po prostu pociągnął za spusty. Na pokładzie motorówki krzątały się już postacie w ciemnych ubraniach. Jedną masywną, przysadzistą rozpoznałem nawet z takiej odległości.
Feliks, prawa rękaverego, góra mięśni z karabinem automatycznym na piersi, stał na dziobie, wskazując ręką na dymki z ognisk tutaj. A my kontynuujemy. Kinga znalazła się obok. Ciężko dyszała.
Oczy jej się rozszerzyły ze strachu przed nieznanym. "Kajetanie!" szepnęła patrząc na żelazną motorówkę. "Kto to jest?" "To śmierć, Kingo." Odparłem nie odrywając wzroku od brzegu. Wacław właśnie wysłał swoich ludzi na rześ, a następni jesteśmy my, chyba że użyjemy wyspy przeciwko nim.
Echo pierwszego strzału rozdarło dżunglę na pół. Dźwięk był tu obcy wśród wiekowych paproci i szumu przyboju. Suchy metaliczny trzask serii z karabinu. Za nim drugi.
Potem bezładna kanonada, od której z wierzchołków drzew z trworznym krzykiem poderwały się stada jaskrawych tropikalnych ptaków. Całe, ale spłoszone obcym hukiem. Stałem na krawędzi płaskowyżu, do połowy skryty w gęstym listowiu i czułem, jak wszystko w środku ściska się w ciasny węzeł. Kinga zamarła obok, kurczowo wczepiona obiema rękami w gruby pęd pnącza.
Nigdy w życiu nie słyszała broni palnej. Brzeg krył się za gęstą ścianą roślinności i zakrętem skał, ale słuch malował wszystko z całą wyrazistością. Krótkie okrzyki po polsku, pełne bandyckiej brawury lat 90 i ani jednego bojowego okrzyku nadzorców Wacława. Wszystko skończyło się w ciągu paru minut.
Kanonada ucichła, ustępując miejsca odległemu, ochrypłemu śmiechowi. Po strzelaninie i ciszy, która po niej zapadła, zrozumiałem, co się tam wydarzyło. Marian, Leon i dwóch pomocników wyszli na czarny piasek z drewnianymi włóczniami przeciw karabinom. Latami zastraszali bezbronne kobiety, wierząc w swoją niezwyciężoność.
Ta wiara rozbiła się o ołów w ciągu kilku sekund. Co to było? Szepnęła Kinga. Głos jej drżał.
Duchy gromu. Gorzej. Odparłem cicho, ściągając ją głębiej w zarośla. To ludzie.
W rękach mają rury, które plują śmiercią szybciej niż zdążysz mrugnąć. Mariana i Leona już nie ma. A teraz ci ludzie przyjdą tutaj. Rzuciliśmy się z powrotem ku centrum osady.
Odległość była niewielka, ale w wilgotnym dusznym upale każdy krok przychodził z trudem. Kiedy wybiegliśmy na wydeptany plac, panował tam chaos. Kobiety miotały się między kamiennymi chatami, chowając nieliczny dobytek, podtrzymując te, które nie mogły iść same. Ale najstraszniejszy był widok obalonej władzy.
Wacław klęczał przy swojej lektryce. Twarz przybrała barwę starego popiołu. Kurczowo ściskał sczerniały miedziany medalion, mamrocząc na przemian przekleństwa i modlitwy. Wacławie!
Krzyknąłem podbiegając, wyprowadzaj ludzi, kobiety do dżungli, na północ, gdziekolwiek. Tutaj są jak cele na strzelnicy. Starzec podniósł na mnie zupełnie obłąkane puste oczy. Nie było w nich ani grama odpowiedzialności za tych, którymi rządził.
Tylko zwierzęcy wszechogarniający egoizm. To wszystko przez ciebie. Wysyczał pryskając śliną. Przyprowadziłeś ich za sobą.
Demony z wielkiego lądu, moja wyspa, moja woda. Nagle zerwał się, odepchnął mnie z niespodziewaną, jak na swój wiek, siłą i nie oglądając się ani na Kingę, ani na inne kobiety, rzucił się do ucieczki. Nie ku chatom, nie ku źródłu, lecz na południe, tam gdzie według słów Kingi zaczynały się zgubne, zgniłe błota. Kinga patrzyła za nim, a w jej spojrzeniu strach powoli ustępował miejsca lodowatemu olśnieniu.
Przez dziesięciolecia jej matki i babki wierzyły, że starzec jest ich obrońcą i jedyną podporą. Teraz przez dżunglę zmykał przerażony staruch. Porzucił nas. powiedziała cicho.
Obróciła się ku kobietom, które zamarły wpatrzone w pustą ścieżkę, na której zniknął Wacław. Z dołu od ścieżki prowadzącej z plaży dobiegł trzask łamanych gałęzi. Bandyci wspinali się ku osadzie. Nie kryli się.
Szli głośno jak gospodarze. Zostały nam liczone minuty. Żołnierzem nie byłem. Zasadzek według reguł jednostek specjalnych urządzać nie umiałem.
Ale 10 lat w maszynowni nauczyło mnie czegoś innego. Jeśli do działającego mechanizmu trafi obcy przedmiot, nie trzeba w niego walić młotkiem. Trzeba skierować go tam, gdzie tryby same zetrą go na proch. Wyspa była ogromnym, okrutnym mechanizmem i teraz musieliśmy zmusić ją, by pracowała dla nas.
Kingo, słuchaj mnie. Chwyciłem ją za ramiona, zmuszając, by patrzyła mi prosto w oczy. Głos brzmiał twardo, bez cienia paniki. Panika była teraz luksusem.
Znacie tę wyspę, każdą ścieżkę, każdy kamień. Ci ludzie z bronią są silni tylko wtedy, gdy widzą cel. Nie widzą, a więc są ślepi i bezradni. Wzięła głęboki wdech, a jej spojrzenie się wyostrzyło.
Co mamy robić? Zlać się z ziemią. Wyprowadź wszystkie kobiety pod północne wzgórze, tam gdzie jest wilgotne wulkaniczne błoto. Stamtąd prowadźcie je dalej ku wąwozowi z wiszącymi głazami.
Sama wyspa ich zmiażdży, jeśli zwabimy obcyk do środka. Niech kobiety czekają tam w zasadzce z pnączami. Odwróciłem się ku pozostałym, podnosząc głos. Słuchajcie, Kingi, rzucajcie kosze, rzucajcie jedzenie, kryjcie się w zaroślach, umaszcie skórę czarnym błotem i popiołem z ognisk.
Stańcie się koloru tego bazaltu. Żadnych gwałtownych ruchów. Oddychajcie cicho. Wyspa was ukryje.
Kobiety przywykłe słuchać męskiego głosu na chwilę zamarły, a potem poganiane gestami Kingi bezszelestnie rozpłynęły się w dżungli. poruszały się z niesamowitą gracją tych, którzy wyrośli na dzikiej ziemi. Ani jedna gałąź nie trzasnęła. Zostałem sam na placu.
Podbiegłem do wygasłego ogniska, nabrałem garść tłustego, wilgotnego popiołu i wtarłem go w twarz, szyję i ręce. Smugi czarnej sadzy w mgnieniu oka skryły jasną skórę. Zapach spalonego drewna zagłuszył ludzki. Potem cofnąłem się za szeroki bazaltowy głas na skraju osady i zamarłem, zlewając się z cieniem.
Na plac wyszło czterech. Ciężko dyszeli, przedarwszy się przez nieznaną wilgotną dżunglę. Ciężkie skórzane kurtki, strój na zimowe porachunki w Polsce, samobójczy w tropikalnym zaduchu. Pod spływał im po twarzach strumieniami.
Na czele szedł Feliks, barczysty o krótkiej fryzurze i ciężkiej szczęce. W rękach trzymał karabin automatyczny, którego lufa wciąż pachniała niedawną strzelaniną. Zdążyłem zapamiętać cały gang Xaverego jeszcze w gdyńskim porcie. Za Feliksem szli Julian i Kornel.
Dwaj typowi bandyci lat 90 o twarzach pozbawionych inteligencji, ale pełnych okrucieństwa. Grupę zamykał Lech, szczupły nerwowy typ, wciąż oglądający się za siebie. Zatrzymali się pośrodku opustoszałej osady, nerwowo wodząc lufami na wszystkie strony. No i gdzie oni wszyscy?
wyharczał Julian ścierając pod z czoła. Ogniska są jeszcze ciepłe. Ci dzicy z plaży nie byli sami. Uciekli.
Uśmiechnął się Feliks. Podszedł do porzuconej lektryki Wacława i z obrzydzeniem kopnął ją ciężkim butem. Drewno pękło z trzaskiem. Widzieli, jak załatwiliśmy ich strażników.
Ustrój pierwotny. Cholera jasna. Kornel zajrzał do głębokiego dołu, w którym spędziłem pierwszą noc. Ej, Feliks, popatrz tutaj jakieś więzienie.
A tam, spójrz, woda. Bandyci podeszli do źródła. Lech nabrał wody wolną ręką i łapczywie ją wypił. Czysta, słodka.
Feliks omiódł wulkaniczną misę oceniającym spojrzeniem drapieżnika. W głowie już kalkulował zyski. Idealnie. Przeciągnął.
Po prostu idealnie. Głęboka zatoka dla motorówki. Słodka woda. Żadnych radarów, żadnego cła.
Ksabery będzie zadowolony. Zrobimy tutaj bazę, a miejscowe szczury wyłowimy pojedynczo. Kto się opiera do wody, a kobiety zaprzęgniemy do czarnej roboty. Będą utrzymywać obóz.
W porządku. Od tych słów wszystko się we mnie ścisnęło. Nie zamierzali odejść. zamierzali zamienić wyspę we własny prywatny kurort przestępczy.
Żeby plan zadziałał, trzeba było odciągnąć ich od źródła, pozbawić ich wody i zaciągnąć tam, gdzie ich ubranie, broń i nieznajomość terenu staną się głównymi wrogami. Musiałem stać się przynętą. Podniosłem z ziemi niewielki kamień. Wycelowałem w gliniany garnek, zapomniany przez kobiety na rozpalonej płycie przy sąsiedniej chacie i rzuciłem.
Kamień z ostrym, suchym trzaskiem rozbił glinę. Odłamki prysnęły na wszystkie strony. Cztery lufy w mgnieniu oka poderwały się w moją stronę. Tam, za kamieniami!
Brzasnął Lech. Wychyliłem się z zagłazu, celowo odsłaniając się na parę sekund. czarny od popiołu w łachmanach, ale moja twarz nie była twarzą tubylca. Feliks zmrużył oczy i nagle zobaczyłem, jak mu się rozszerzają.
Niech to szlak. Wysapał. Przecież to mechanik. Ten szczur skrypy Romana przeżył.
Wal go! Ryknął Julian unosząc karabin. Rzuciłem się w zarośla ułamek sekundy, zanim kule zaczęły kruszyć bazalt w miejscu, gdzie przed chwilą stałem. Kamienny okruch ciął mnie po plecach, ale już pędziłem wąską, zarośniętą ścieżką na północ.
Za nim usłyszałem za sobą ryk Feliksa: "Nie dajcie mu uciec. On sprowadzi resztę". Zaczął się wyścig. Biegłem tak jak nigdy w życiu nie biegłem.
Ścieżka wiła się między masywnymi pniami palm a zaroślami kolczastych krzewów. Za plecami trzeszczały gałęzie, sypały się przekleństwa. Bandyci w ciężkich butach przedzierali się przez dżunglę z gracją nosorożców. Od czasu do czasu rozlegały się pojedyncze strzały.
Strzelali na oślep, na dźwięk. Kule ze świstem ścinały liście nad głową, wbijając się w drewno. Płuca wciąż nie w pełni sprawne po podwodnej próbie płonęły ogniem. Ale trzymałem rytm.
Odciągałem ich coraz dalej od bezpiecznej strefy, coraz dalej od wody. Przez zieleń przede mną mignął cień Kinga, całkowicie pokryta ciemnoszarym błotem, zlewała się z pniami drzew. Nie biegła moją ścieżką, poruszała się równolegle, lekko przeskakując wystające korzenie i dawała mi znaki rękami. Wskazywała drogę.
Zbliżaliśmy się do granicy. Powietrze zaczęło się zmieniać. Duszna wilgoć dżungli nagle stała się piekąco sucha. Zapach gnijącego listowia ustąpił ostremu gryzącemu aromatowi stężonej siarki, od którego łzawiły oczy.
Temperatura skoczyła o kilka stopni. Roślinność przerzedziła się, ustępując miejsca nagim martwym skałom pokrytym żółtym nalotem. Wychodziliśmy do doliny martwej ziemi w strefę czynnych wulkanicznych gejzerów. Wyskoczyłem z zarośli na otwartą przestrzeń.
Ziemia pod bosymi stopami parzyła. Powierzchnia była popękaną skorupą zastygłej lawy, spod której to tuto tam z sykiem wyrywały się strugi gęstej białej pary. Dalej, jakieś 200 met stąd, widniało wąskie przejście w skałach. wąwóz z nawisającymi bazaltowymi głazami.
Przebiegłem jeszcze kilkadziesiąt metrów w głąb doliny, kryjąc się za kłębami pary i przykucnąłem za wysokim kamiennym grzbietem. Kinga bezszelestnie wśliznęła się za mną i przylgnęła obok. Jej pierś ciężko falowała, ale oczy płonęły zimnym, wyrachowanym ogniem. Idą!
Szepnęła. Nie wiedzą, gdzie stąpają. Skorupa jest tu cienka, pod nią wrząca maś. Wsłuchaliśmy się.
Z dżungli dobiegał ciężki tupot i chrapliwy oddech. Feliks i jego ludzie wyszli na granicę doliny. Wyglądali żałośnie. Skurzane kurtki pociemniały od potu, twarze czerwone, wykrzywione od upału i zmęczenia.
Dyszeli. Odwodnienie już rozpoczęło swoje niszczycielskie dzieło. Gdzie on się podział? wysapał Lech, ścierając twarz brudnym rękawem.
Zakaszlał od gryzącego zapachu. Psia krew, co to za smród, jak w piekle. Julian zrobił krok naprzód, stąpając na żółtą skorupę. Jest gdzieś tutaj.
Chowa się za tym dymem. Feliks uniósł karabin, wpatrując się w kłębiącą się parę. Instynkty podpowiadały mu, że coś tu jest nie tak, ale bandycka duma nie pozwalała się wycofać. Jakaś garstka dzikusów i jeden nieudany mechanik nie mogli go powstrzymać.
Idziemy tyralierą. Rozkazał. Trzymajcie dystans. Strzelać przy każdym ruchu.
Powoli ruszyli w głąb doliny. Obserwowałem ich z kryjówki. Klasyczny błąd. Szli patrząc prosto przed siebie.
wypatrując celu w kłębach pary, ale nikt nie patrzył pod nogi. Ufali ziemi, bo przywykli do asfaltu Gdyni. Ale ta wyspa nie była asfaltem. To był żywy, oddychający wulkan.
Kornel idący bardziej na prawo od pozostałych nadepnął na niepozorną szarą plamę, która wydawała się twardym gruntem. Cienka skorupa płumeksu przełamała się pod jego ciężarem i noga poszła w dół. Krótki, zdławiony okrzyk rozdarł powietrze. Pod skorupą kryła się kieszeń gorącej wulkanicznej mazi.
Kornel zwalił się na plecy, upuszczając broń. Kompanii z przerażeniem odskoczyli. Jego krzyk zniszczył całą dyscyplinę w grupie. Cofać się, wszyscy do tyłu!
Brzasnął Feliks, sam odskakując. Ale panika już wzięła górę. Lech wycofując się nie zauważył, że podszedł tuż pod jeden z dużych gejzerów. Właśnie w tym momencie ciśnienie pod ziemią osiągnęło szczyt.
Z kamiennej gardzieli z ogłuszającym rykiem przypominającym gwizd pociągu towarowego, wystrzelił słup przegrzanej pary. Struga uderzyła w Lecha, a on runął na ziemię i już się nie podniósł. Dwóch z czterech zostało wyeliminowanych w ciągu jednej minuty bez jednego strzału z naszej strony. Ich karabiny zostały tam, na rozpalonej skorupie.
Feliks i Julian zamarli z przerażenia, bojąc się zrobić choćby krok. Byli uwięzieni na niewielkiej wysepce względnie twardej skały, otoczeni syczącymi gejzerami i pułapkami z wrzącej mazi. Gdzieś z boku ucichł Kornel. Gdzie jesteś suko?
wrzasnął w rozpaczy Feliks, strzelając długą serią w gęsty obłok pary przed sobą. Kule poszły w pustkę. Wychodź! Spojrzałem na Kingę, skinęła głową.
To była nasza szansa. Podnieśliśmy kilka sporych kamieni. Wychyliłem się zza kryjówki i cisnąłem jeden daleko w prawo, tam gdzie para była szczególnie gęsta. Kamień z suchym stukotem uderzył o skałę.
Julian szarpnął się na dźwięk i otworzył ogień. Kinga posłała swój kamień w lewo. Znów seria strzałów. Palili na wszystkie strony, na oślep, marnując cenną amunicję.
Kinga leżąca obok drgnęła. Zbłąkana kula musnęła jej ramię, ale tylko zacisnęła dłoń na ranie i nie wydała żadnego dźwięku. Nerwy bandytów były napięte do granic. Upał, duszący gaz, jeńki towarzysza i niewidzialny wróg doprowadzały ich do szału.
Tam widziałem cień! krzyknął Julian, wskazując lufą wąskie przejście w skałach. Wąwóz z nawisającymi bazaltowymi głazami. Właśnie tam mieliśmy ich zagnać.
Celowo wyprostowałem się na ułamek sekundy, żeby Feliks mnie zauważył i natychmiast schowałem się z powrotem, przebiegając zrywami ku wąwozowi. W Skały! Ucieka w skały. Feliks wymienił magazynek, odrzucając pusty na gorącą ziemię.
Przestał myśleć o Kornelu, który już ucichł gdzieś z tyłu. Myślał tylko o zabijaniu. Razem z Julianem ostrożnie, krok w krok, zaczęli wydostawać się ze strefy gejerów ku wąwozowi. Kinga i ja dotarliśmy do wejścia do bazaltowego korytarza pierwsi.
Przerażające miejsce. Dwie pionowe czarne ściany wznosiły się na kilkadziesiąt metrów w górę. Przejście między nimi nie szersze niż trzy kroki, a wysoko nad głową, ściśnięte między ścianami wisiały ogromne głazy. Dawne trzęsienia ziemi wypchnęły je ze skały, a teraz trzymały się jedynie dzięki tarciu, gotowe runąć w dół.
Tutaj już na nas czekano. Ze szczelin między kamieniami bezszelestnie wynurzyły się kobiety plemienia. całkowicie pokryte błotem zlewały się z bazaltem tak, że stawały się niemal niewidzialne. W ich rękach nie było włóczni.
W ich rękach były grube, mocne pnącza, ciasno naciągnięte w poprzek przejścia na wysokości kostek i kolan. Splotły idealną naturalną sieć. Podszedłem do najgrubszego pnącza, które wznosiło się w górę, oplatając drewniany klin wbity pod kamienny występ, który podpierał jeden z najbardziej masywnych głazów. To był spust.
Nawisające głazy ledwo trzymały się tu od wieków. Kobiety wiedziały o nich od dzieciństwa. Są blisko! Szepnęła Kinga, przylegając do skały obok.
Wejście do wąwozu pociemniało. Pojawiły się sylwetki Feliksa i Juliana. Szli powoli wodząc rufami. Pary tu nie było, ale panował półmrok z powodu nawisających skał.
Ich oczy, przywykłe do oślepiającego słońca doliny, nie zdążyły się przystosować. Ślepy zaułek. Echem rozległ się głos Feliksa. Nie ma dokąd uciec.
Jeszcze pięć kroków w głąb korytarza. Julian szedł nieco z przodu, uniósł nogę do kolejnego kroku, a ciężki but zahaczył o grube pokryte błotem pnącze, ciasno naciągnięte między kamieniami. Potknął się i z rozpędu poleciał do przodu. Próbując utrzymać równowagę, instynktownie chwycił zwisającą z boku grubą łodygę, tę samą, która utrzymywała na miejscu drewniany klin pod nawisającym głazem.
Klin wyskoczył spod kamienia. Rozległ się dźwięk przypominający strzał armatni. Kamienny występ wysoko nad naszymi głowami, pozbawiony ostatniej podpory, zakołysał się i runął. Wcisnąłem się w ścianę, osłaniając głowę rękami.
Julian gwałtownie poderwał wzrok w górę. W jego oczach odbiła się spadająca wprost na niego czarna masa. Ogromny bazaltowy głaz ważący kilka ton oderwał się ze swego wiekowego miejsca i nabierając prędkości runął w wąski korytarz tam gdzie stał. Głuchworne w swej sile uderzenie wstrząsnęło ziemią tak że o mało nie upadłem.
Słup gęstego kamiennego pyłu w mgnieniu oka wypełnił całą przestrzeń oślepiając i zatykając płuca. Dźwięk spadającego kamienia zmieszał się ze zgrzytem miażdżonego metalu, a potem zapadła cisza, ciężka, dzwoniąca, przerywana jedynie szelestem osypującego się gruzu. Wyspa wykonała swój ruch. Pył powoli opadał, odsłaniając obraz tego, co zaszło w kamiennej pułapce.
Wstrzymałem oddech, wpatrując się w szarą mgłę, nie wiedząc na pewno, czy paszcza mechanizmu zatrzasnęła się do końca. Kiedy obłok bazartowego pyłu nieco się rozproszył, zobaczyłem dzieło grawitacji. Ogromny głaz ważący nie mniej niż 3 tony, całkowicie zablokował wąskie przejście wąwozu. Spod jego nierównej, szorstkiej krawędzi wystawał tylko zniekształcony, spłaszczony na cienką blaszkę kawałek metalu z broni.
Wszystko, co zostało z karabinu Juliana. ani krzyków, ani jęków. Kamień nie zostawiał szans. Po prostu wymazał człowieka z równania.
Pod przeciwległą ścianą wąwozu wciśnięty plecami w czarną skałę siedział Feliks. Prawa ręka przestępczego bossa, człowiek, który jeszcze pół godziny temu zamierzał zamienić tę wyspę w swoją bazę. Teraz wyglądał jak zepsuta zabawka. Od stóp do głów pokryty gęstym szarym pyłem przypominał zjawę.
Jego karabin leżał kilka kroków dalej, rozłupany na pół przez odbity odłamek skały. Feliks łapczywie chwytał ustami powietrze przesiąknięte kamiennym pyłem. Szeroko rozwarte oczy miotały się po ścianach wąwozu. Nie patrzył na mnie, patrzył na wyspę.
Ze szczelin, z gzymsów skalnych, spoza kamieni bezszelestnie schodziły kobiety pokryte czarnym popiołem i szarym błotem, zlewały się z bazaltem. Dla człowieka z wielkiego lądu wyglądało to jak ożywiony pradawny koszmar. Zdawało się, że same skały rodzą ludzi. Wyszedłem z kryjówki.
Chrzęst drobnego żwiru pod bosymi stopami zabrzmiał jak strzał. Feliks drgnął, przeniósł wzrok na mnie, potem na Kingę. Stała po prawej, trzymając kawałek tego samego pnącza, które uruchomiło pułapkę. Ani wściekłości, ani rządzy zemsty.
W oczach zastygł nagi, niekontrolowany strach. Cała jego bandycka bezczelność nie była tu warta nic. Wy, wy nie jesteście ludźmi. Wycharczał Feliks, wciskając się w skałę tak, jakby chciał przez nią przeniknąć.
To przeklęte miejsce, martwe miejsce. Nie szukał broni, nie próbował zaatakować, choć był dwukrotnie większy ode mnie. Załamanie nastąpiło szybciej niż się spodziewałem. Feliks gwałtownie się zerwał, potknął się o kamienie, odwrócił się i rzucił do ucieczki tam, skąd przyszedł, przez dolinę gejzerów, ku dżungli, ku plaży, ku swojej żelaznej motorówce.
biegł nie oglądając się, wydając chrapliwe, paniczne dźwięki, potykając się, padając, zdzierając kolana do krwi, ale zaraz podnosząc się na nowo. Uciekał przed zjawami, które sam wymyślił w rozpalonym od strachu mózgu. Nie ruszyłem za nim w pościg. Wiedziałem, nie wróci.
Motorówka odpłynie, gdy tylko Feliks dopadnie sterówki, a oni zapomną współrzędne tej wyspy jak zły sen. Zostaliśmy w wąwozie sami. Kinga podeszła do ogromnego głazu, który zablokował przejście. Dotknęła szorstki powierzchni koniuszkami palców.
Odwróciła się, spojrzała na kobiety. Było ich w tej zasadzce około 15. Stały w milczeniu, wciąż w maskującym błocie, ciężko dysząc. Właśnie teraz na moich oczach kruszył się wiekowy strach.
Odeszli. Powiedziałem starając się, by głos brzmiał spokojnie. W gardle drapało od pył. Pokonałyście ich.
Nie ja. Ja tylko pokazałem za którą nitkę pociągnąć. A kamienie zrzuciłyście wy. Kobiety spoglądały po sobie.
W ich postawach nie było już uległości, z jaką nosiły wodę czy plotły sieci pod krzyki Mariana. Kinga podeszła do mnie. Twarz ciemna od sadzy, ale oczy jaśniały. Nie triumfem, nie była w nich zimna, jasna pewność.
Został nam Wacław. Powiedziała. I w jej głosie nie usłyszałem już zwykłego drżenia przed imieniem starca. Teraz było to po prostu imię.
Ruszyliśmy z powrotem. Droga przez dżunglę wydała się krótsza niż wtedy, gdy biegliśmy pod kulami. Adrenalina powoli opadała, ustępując miejsca ćmiącemu bólowi w otartych stopach i plecach, ale zmuszałem się, by iść równo. Jeszcze niedawno moim największym problemem był nieopłacony rachunek za prąd, a teraz szedłem na czele oddziału kobiet, które obaliły władze uzbrojonych przemytników na zagubionym w oceanie skrawku lądu.
Kiedy wyszliśmy do wulkanicznej misy osady, słońce chyliło się już ku zachodowi, malując niebo gęstą purpurą. Prac był cichy. Kobiety i dzieci ostrożnie wyglądały z chat. Przy studni, na której opierała się cała władza na wyspie, stało dwóch młodych chłopaków.
Ci sami, którzy na widok karabinów cisnęli włócznie i pochowali się po chatach. Ostatni z nadzorców Wacława. Ujrzawszy nas brudnych, surowych, żywych, cofnęli się. Drewniane pałki wypadły z osłabłych rąk i ze stukotem potoczyły się po kamieniach.
Nawet nie spróbowali obronić źródła. Bez Wacława, bez przywódców zamienili się w to, kim byli naprawdę. w przerażonych młokosów przywykłych chować się za cudzymi plecami. Kinga przeszła obok nich, nie zaszczyciwszy ich spojrzeniem.
Podeszła do studni, wzięła bambusowy czerpak, nabrała chłodnej wody, wypiła długi łyk, odwróciła się i podała czerpak najbliższej kobiecie. W tej chwili monopol runął ostatecznie. Nikt nie prosił o pozwolenie. Nikt nie czekał na rozkaz.
Woda znów należała do wszystkich. Opadłem na płaski kamień na skraju placu, ścierając pod i sadzę z czoła. Oddychało się lżej. Życie na wyspie wracało do normalnego biegu.
Ale w każdym systemie, jeśli zostawić zardzewiałą, uszkodzoną część, z czasem znów wszystko się rozreguluje. Wacław, powiedziałem głośno. Gwar przy źródle w mgnieniu oka ucichł. Wszyscy spojrzeli na mnie.
Gdzie on jest? Kinga wskazała na południe. Tam, gdzie zapasem palm zaczynał się łagodny spadek spowity gęstą białawą mgłą nawet w tym upale. "Zgniłe błota." Odpowiedziała.
Pobiegł tam, gdy usłyszał pierwsze strzały. Myślał, że demony zabiją nas wszystkich, a on przeczeka w trzęsawisku i potem wyjdzie na pustą wyspę. Jeśli go zostawimy, wróci. Powiedziałem wstając.
Mięśnie zaprotestowały bólem, plecy odpowiedziały tępym ćmieniem. Tacy jak on wracają, jeśli się im nie pokaże, że ich czas się skończył. Przyjdzie nocą, zacznie szeptać, grozić klątwami, zbierać wokół siebie tych, którzy przywykli się bać. Dopóki żyje w nich ten strach, Kingo, on jest groźny.
Trzeba, żeby strach umarł. Skinęła głową. Pójdziemy za nim. Powiedziała do kobiet.
Nie wszystkie pięć. To wystarczy. Te, które wybrała, wystąpiły naprzód. Szybko zmyły przy studni błoto z twarzy.
Wzięły mocne kije. Nie włócznie, tylko kije, na których można się oprzeć w drodze. I ruszyliśmy na południe. Przejście z żywej, oddychającej dżungli do zgniłych błot nastąpiło gwałtownie, jakby ktoś przeprowadził niewidzialną granicę.
Wysokie, smukłe palmy ustąpiły miejsca niskim, powykręcanym drzewom na morzynowym. Ich korzenie sterczały z czarnej, stojącej wody jak sękate palce nieboszczyków. Powietrze stało się ciężkie, lepkie, niemal namacalne. Pachniało tak jak w opuszczonej ładowni starego masowca, którego nie czyszczono od 10 lat.
Z każdym krokiem nogi grzęzły coraz głębiej w tłustym, oleistym błocie. Szliśmy gęsiego krok w krok. Kinga szła na czele, bezbłędnie wybierając drogę po twardych kępach torfu i splotach korzeni. Nie było tu jaskrawych ptaków, tylko monotonne bzyczenie meszek i rzadkie, głuche pluśnięcia w czarnej wodzie.
Duże płazy chowały się przed naszymi krokami. Ślad Wacława odnaleźliśmy bez trudu. Starzec ogarnięty paniką nie dbał o maskowanie. Łamał gałęzie, zostawiał głębokie wgniecenia w błocie.
gubił strzępy opończy na kolczastych krzewach. Poruszał się jak ślepe, przerażone zwierzę. Szliśmy około godziny, zagłębiając się w samo serce błot. Słońce dotknęło już horyzontu, a wśród namorzynowych zarośli gęstniał szary zmierzch.
Tam Kinga gwałtownie się zatrzymała i wskazała kijem przed siebie. Przed nami, na niewielkiej wysepce względnie suchej ziemi, wznosił się pień ogromnego, martwego drzewa. Kora dawno zeszła, odsłaniając blade, wybielone przez czas drewno. U jego podnóża skulony w kłębek siedział Wacław.
Z potężnego władcy wyspy nie zostało ani śladu. Wystawna opończa upaćkana cuchnącym błotem i rozdarta w kilku miejscach. Siwe włosy, które zwykle zbierał w schludny węzeł, teraz wisiały tłustymi, splątanymi kosmykami, zasłaniając połowę twarzy. Drżał drobno, mimo duszącego upału, kurczowo ściskając obiema rękami sczerniały miedziany medalion.
Usłyszawszy chlup od naszych kroków, gwałtownie poderwał głowę. Małe oczy obłąkańczo biegały po naszych twarzach. spodziewał się uzbrojonych bandytów w skórzanych kurtkach. Tymczasem z mgły wynurzyli się Kinga, cztery kobiety jego plemienia i ja, obcy, którego skazał na śmierć w podwodnej jaskini.
Na sekundę na jego twarzy odbiło się zdumienie. Mózg starca próbował przetworzyć informacje. Skoro my tu jesteśmy, to znaczy, że demony z ognistymi rurami są martwe albo odeszły. A jeśli odeszły, to wdrukowany w świadomość nawyk władzy próbował wziąć górę.
Wacław z trudem opierając się o pień martwego drzewa, podniósł się. Wypiął pierś, próbując nadać upaćkanej postaci, choć krztę dawnej wielkości. Wy, wyście się ośmielili tu przyjść? Głos mu zadrżał, ale stopniowo wrócił do zwykłego skrzypiącego tonu.
Kto pozwolił wam opuścić osadę? Gdzie Marian? Gdzie Leon? Blefował.
Wiedział, że są martwi. Widziałem to po jego oczach, ale rozpaczliwie czepiał się resztek swojego autorytetu, licząc, że wieloletnia tresura zmusi kobiety do spuszczenia wzroku. Nikt nie spuścił wzroku. Kobiety półkolem otoczyły wysepkę, odcinając mu drogę ucieczki.
Patrzyły na niego nie ze strachem, lecz z pogardliwą ciekawością. Jak na dziwnego, obrzydliwego owada, którego zbyt długo bały się rozgnieść. Wystąpiłem naprzód, zatrzymując się 2 metry od starca. Mariana i Leona już nie ma, Wacławie.
Powiedziałem spokojnie. Mówiłem cicho, bez krzyku. Nie zasługiwał nawet na złość. Tak samo jak ludzi z bronią.
Rozbili się o twoją wyspę, a ty rozbiłeś się o własny strach. Porzuciłeś ludzi, kiedy potrzebowali przywódcy. Wacław odskoczył, jakby moje słowa uderzyły go fizycznie. Palce jeszcze mocniej wpiły się w medalion.
Kłamiesz, syknął. Odszedłem, żeby wezwać duchy błot, żeby zniszczyły przybyszów. Ja jestem potomkiem kapitana. Moja krew to krew panów tej ziemi.
Beze mnie jesteście niczym. Beze mnie źródło wyschnie. Głos podskoczył mu do pisku, gdy wymachiwał medalionem jak tarczą. Rozkażę zasypać studnię.
Pozbawię was wody. Wszyscy przypełzniecie do mnie na kolanach, zlizując błoto z moich stóp. Kingo, podejdź i odprowadź mnie z powrotem. To rozkaz.
Kinga nie drgnęła. Stała prosta jak napięta struna. Wilgotna mgła błot kłębiła się u jej stóp. Nie wtrącałem się.
To nie był mój sąd. Swoje zrobiłem. Dalsza decyzja należała do nich. Kinga zrobiła powolny krok na wysepkę.
Broni w rękach nie miała. Po prostu patrzyła na Wacława. Źródło już nie jest twoje. Powiedziała cicho, ale w lepkiej ciszy błota każde słowo rozchodziło się wyraźnie, wbijając się w umysł starca jak gwoździe.
Nikt nie zasypie studni kamieniami. Wodę pijemy wszyscy, my same, bez twoich nadzorców. Wacław otworzył usta, żeby coś wykrzyczeć, ale nie dała mu szansy. Przez dziesiątki lat karmiłeś nas strachem.
Ciągnęła robiąc jeszcze krok. Starzec cofał się, aż plecami oparł się o martwe drzewo. Wysyłałeś nas w ocean na pożarcie rafom, podczas gdy sam siedziałeś w cieniu. Nasi mężczyźni rok po roku odchodzili.
Kto od gorączki? Kto w starciach o twoją władzę? Kto pod obsuwającymi się głazami? A ty tylko się cieszyłeś.
Mniej tych, którzy mogliby ci się sprzeciwić. Groziłeś pragnieniem, wiedząc, że woda należy do wyspy, a nie do ciebie. A gdy przyszło prawdziwe nieszczęście, okazałeś się tchórzem, pierwszym, który uciekł. Wacław rozdyszał się ciężko, wargi mu drżały, medalion wyślizgnął się z osłabłych palców i z głuchym plaśnięciem wpadł w czarne błoto.
Symbol jego władzy okazał się zwykłym kawałkiem utlenionego metalu. Co? Co zamierzacie zrobić? Szepnął, uświadamiając sobie w końcu swoją ostateczną bezradność.
Zabijecie mnie? Patrzyłem na kobiety. Spodziewałem się, że go rozszarpią. Tak w Gdyni kończono z obalonymi.
Dobić słabego to najprostszy zwierzęcy odruch. Ale Kinga pokręciła głową. Nie, powiedziała. Nie jesteśmy tacy jak twoi nadzorcy.
Nie jesteśmy zwierzętami. Nie przelejemy krwi bez potrzeby. Wskazała w głąb błot. Tam gdzie mgła gęstniała do nieprzeniknionej białej ściany, gdzie chlupotała trująca maś i gniły na morze nowe korzenie.
Lubiłeś powtarzać, że obcy muszą udowodnić swoje prawo do życia? powiedziała z lodowatym spokojem. Teraz to ty jesteś obcym Wacławie. Osada jest dla ciebie zamknięta.
Studnia zamknięta. Nigdy więcej nie postawisz stopy na twardych kamieniach naszego placu. Twoje miejsce jest tutaj, wśród zgnilizny. Oczy starca rozszerzyły się z przerażenia.
Wygnanie. Na tej wyspie z dala od bezpiecznej strefy i słodkiej wody była to surowa kara. Miał przetrwać w pojedynkę, tak samo jak ja przetrwałem w pierwszych dniach, tylko bez mojej wiedzy i bez młodości. Nie możecie zaskomlał, zsuwając się po pniu i padając na kolana wprost w torfową maś.
Jestem stary, nie znajdę tu jedzenia. Woda jest zatruta. Zlitujcie się. Ty nigdy nie znałeś litości, kiedy wrzucałeś kobiety do ziemnego dołu.
Odpowiedziała Kinga, odwracając się do niego plecami. Spojrzała na mnie, a w jej oczach było coś nowego. Te kobiety już się nie bały. Odwróciliśmy się i ruszyliśmy z powrotem po własnych śladach.
Za plecami dobiegały błagania, szlochy i przekleństwa. Czołgał się po wysepce, zagarniając brudnymi rękami torf. krzyczał za nami, groził duchami przodków, a potem znów zaczynał błagać. Jego głos stawał się coraz cichszy, rozpływając się w gęstym powietrzu zgniłych błot, aż w końcu utonu w monotonnym bzyczeniu owadów.
Z błot wyszliśmy już w zupełnej ciemności. Niebo nad wyspą rozkwitło milionami gwiazd nieskrytych niskimi chmurami Bałtyku. W osadzie na nas czekano. Wszyscy mieszkańcy zebrali się na centralnym placu.
Po raz pierwszy, odkąd tu trafiłem, płonęło nie jedno dyżurne ognisko do suszenia ryb, lecz od razu kilka dużych, jasnych, oświetlających bazaltowe chaty ciepłym światłem. Nikt nie spał. Kobiety siedziały przy ogniu, tuliły dzieci, cicho rozmawiały. Powietrze na placu się zmieniło.
Odeszła z niego głucha, przytłaczająca ciężkość. nieustannego oczekiwania na okrzyk albo cios. Wyszliśmy w światło. Kinga zatrzymała się pośrodku.
Wacław już nie wróci. Powiedziała. Błota go zabrały. Mariana i Leona nie ma.
Źródło jest nasze. Plac odpowiedział cichym, ale potężnym wspólnym westchnieniem. W tym dźwięku było tyle ulgi, że do gardła podeszła mi gula. Stałem nieco z boku oparty o kamienną ścianę chaty.
Moja praca była wykonana. Patrzyłem na tych ludzi żyjących w izolacji od 100 lat i myślałem o tym, co ich czeka. Przed nami było mnóstwo pracy i wiedziałem, od czego zacząć. Podeszła do mnie Kinga.
Zmyła z twarzy ostatnie ślady sadzy i błota. W blasku ogniska jej skóra mieniła się brązem. podała mi bambusowe naczynie wypełnione po brzegi czystą wodą. Wziąłem je.
Na moment nasze palce się zetknęły. Zostałeś? Powiedziała cicho. Kiedy bandyci uciekali ku oceanowi, mogłeś rzucić się za nimi, zmusić ich, by zabrali cię na wielki ląd, do twojego zimowego morza.
Ale zostałeś. Spojrzałem na przejrzystą wodę w naczyniu, potem na płomień ogniska. Wielki ląd, Gdynia, zardzewiałe stocznie, puste nabrzeża, wynajmowany pokój z przeciekającym kaloryferem. Tamten świat był zepsuty o wiele bardziej niż ta wyspa.
I w przeciwieństwie do wyspy, tamtego świata nie mogłem naprawić. Tam byłem po prostu bezrobotnym mechanikiem z długami, częścią, którą w każdej chwili można było wyrzucić na złom. A tutaj moje ręce i mój umysł uratowały dziesiątki żyć. Tutaj była ziemia, która podlegała prawom fizyki i logiki, a nie korupcji i chciwości.
Tutaj była Kinga. Wziąłem długi łyk. Woda była słodka i czysta. Moje zimowe morze dawno zamarzło, Kingo.
Odparłem, patrząc jej prosto w oczy. A tutaj roboty jest bez niku. Wasze chaty zbudowane są tak, że pierwszy lepszy huragan zerwie dachy, a podpory przy studni nie nadają się do niczego. Drewno zgniło.
Na jej wargach po raz pierwszy, odkąd się znaliśmy, pojawił się prawdziwy ciepły uśmiech. Nie zimny grymas, nie skrzywienie bólu, lecz zwykły ludzki uśmiech. To będziesz musiał nas tego nauczyć, kajetan sikoro. Powiedziała siadając obok na nagrzanym przez ognisko kamieniu.
Skinąłem głową. Nocna symfonia dżungli już nie wydawała się wroga. Brzmiała jak równy warkot sprawnego silnika. I po raz pierwszy w życiu byłem pewny, że jestem na swoim miejscu.
Poranek przyszedł na wyspę łagodnie, zmywając gęste cienie nocy. Obudziło mnie słońce, które nagrzało matę, na której leżałem. Po raz pierwszy od wielu dni, odkąd ocean wyrzucił mnie na ten czarny wulkaniczny piasek, nie poczułem przytłaczającego lepkiego oczekiwania na nieszczęście. Nie było krzyków nadzorców, nie było stukotu drewnianych włóczni o kamienie.
Powietrze pachniało wilgotną ziemią, mokrym listowiem i wolnością. Dziwnym, niemal zapomnianym aromatem, który wydawał się nie na miejscu w tym tropikalnym żarze. Powoli się podniosłem, rozprostowując obolałe mięśnie. Plecy wciąż piekły od zadrapań zostawionych przez ostre kamienie wąwozu, a nadgarstki zachowały purpurowe ślady twardych sznurów.
Ale ciało reagowało inaczej. Wreszcie się rozluźniło. Wyszedłszy spod zadaszenia na centralny plac zamarłem. Osada żyła, ale to życie nabrało innego rytmu.
Kobiety nie krzątały się ze spuszczonymi w ziemię oczami. Poruszały się spokojnie. Przy źródle, które jeszcze wczoraj było symbolem absolutnej tyranii Wacława, zebrała się niewielka grupka. Ani kolejki, ani błagalnych spojrzeń.
Kinga stała tam, pokazując młodym dziewczynom, jak obwiązywać rozeschnięte cebrzyki nowymi pnączami. Podniosła głowę, zobaczyła mnie i krótko, pewnie skinęła. Podszedłem do studni. Drewniane podpory utrzymujące ziemne sklepienia przegniły na wskroś.
Zdumiewające, że ta konstrukcja w ogóle nie zawaliła się przez dziesięciolecia izolacji. Wacław zmonopolizował wodę, ale wcale nie dbał o samo źródło. Torunie przed następną porą deszczową powiedziałem przesuwając ręką po wilgotnym, spruchniałym drewnie. Palce z łatwością wgniotły podatny miąż.
Kobiety przycichły. W ich oczach nie było już dawnego przerażenia, ale pozostała niepewność. Byłem dla nich obcym człowiekiem z wielkiego lądu, który oszukał wodę w jaskini i sprawił, że góry runęły na demony z ognistymi rurami. Spodziewały się, że zacznę wydawać rozkazy.
Czekały na nowego Wacława, tylko młodszego i groźniejszego. Cofnąłem się od studni i opadłem na kolana w pyle. Wziąłem ostry odłamek bazaltu i zacząłem rysować na ubitej ziemi. Patrzcie, wskazałem prosty rysunek.
Jeśli ziemia osiądzie, woda ucieknie w niższe warstwy i ją stracimy. Trzeba wzmocnić sklepienie kamieniem, a nie zgniłym drewnem. Kamień nie boi się wilgoci. A żeby nie dźwigać wody rękami, nadrywając plecy, zbudujemy mechanizm podnoszący blok, zwykłe koło, przez które przerzucona jest lina.
Wysiłek zmniejszy się o połowę. Kinga podeszła bliżej, przyglądając się liniom na ziemi. Kamień jest ciężki, Kajetanie. powiedziała.
Mężczyzn prawie nam już nie zostało. Jesteśmy silne, ale nie zdołamy podnieść bazaltowych głazów na taką wysokość. Podniesiecie, odparłem stając. Bo siła nie tkwi w mięśniach, siła tkwi w dźwigni.
Daj punkt podparcia, a dźwignią ruszysz wszystko. Punkt podparcia mamy. Mamy mocne pnącza i grawitację. W Gdyni moje słowa nazwanoby mądrzeniem się bezrobotnego nieudacznika.
Tam panowały prawa takich jak Ksawery. Kto mocniej uderzył, ten ma rację. Ale tutaj, na zagubionej w oceanie wyspie, prosta mechanika była warta więcej niż jakiekolwiek modlitwy. Potem przyszły tygodnie ciężkiej, wyczerpującej pracy.
Dawno nie byłem tak szczęśliwy. Zaczęliśmy od drobiazgów. Pokazałem kobietom, jak używać grubych łodyg bambusa jako dźwigni. Kiedy cztery kobiety naparłszy całym ciężarem na koniec długiej mocnej łodygi, nie od razu, ale jednak ruszyły z miejsca potężny bazaltowy głas, którego wcześniej nie mogło podważyć nawet 10u ludzi, na placu zapanowała grobowa cisza, a potem ktoś cicho się roześmiał.
To był pierwszy szczery śmiech, jaki usłyszałem na tej wyspie. Sklepienie studni wyłożyliśmy idealnym kamiennym murem. Bez zaprawy. Kamienie trzymały się dzięki własnemu ciężarowi i dokładnemu dopasowaniu, tworząc niezawodny łuk.
Potem z najgrubszego kawałka drewna wyrzuconego przez ocean na brzeg wyciosałem prymitywne koło i umocowałem je na mocnej osi nad studnią. Teraz nawet dziecko mogło podnieść ciężki cebrzyg krystalicznie czystą wodą, po prostu pociągając za przeciwagę. Ale nie poprzestałem na tym. Pamiętałem, że każdy system można wyregulować i chciałem doprowadzić go do doskonałości.
Zorganizowaliśmy wyprawy do dżungli. Ścinaliśmy oczyszczaliśmy rdzeń kamiennymi nożami. Łączyliśmy puste łodygi, uszczelniając połączenia wciąż tą samą lepką roślinną żywicą. Zbudowaliśmy akwedukt, prymitywny, prosty, poprowadzony od niewielkiego górskiego strumienia na północnym zboczu prosto do centrum osady.
W dniu, kiedy bambusowymi rurami popłynęła pierwsza woda z cichym szmerem napełniając duży kamienny zbiornik, plemię urządziło święto. Żadnych rytuałów, żadnych straszliwych ofiar. Po prostu pieczona ryba, słodkie korzenie i woda, której teraz starczało wszystkim w nadmiarze. Siedziałem przy ognisku, patrząc jak płomień tańczy w ciemnych oczach Kingi.
Usadowiła się obok, obejmując kolana rękami. Z jej ramion zniknął ten niewidzialny ciężar. który w pierwszych dniach zginał ją ku ziemi. Wiesz o czym myślę, Kajetanie?
Spytała cicho, nie odrywając wzroku od ognia. O czym? O tamtym dniu, kiedy spadłeś z nieba do naszego oceanu. Wacław krzyczał wtedy, że obcy przynoszą śmierć.
Mylił się. Obcy przynoszą życie, jeśli umieją budować, a nie tylko niszczyć. Umilkła, obracając w palcach gładki kamyk. Ci ludzie z ognistymi rurami, Feliks i pozostali, myślisz, że wrócą?
Spojrzałem na czarne tropikalne niebo. Stanęła mi przed oczami wykrzywiona przerażeniem twarz Feliksa w wąwozie zasypanym bazaltowym pyłem. Nie odparłem twardo. Tacy jak on są odważni tylko wtedy, gdy czują przewagę.
Boją się tego, czego nie rozumieją. Dla nich ta wyspa jest teraz przeklętą ziemią, gdzie skały same zabijają nieproszonych gości. Znajdą inną zatokę. Ksawery nie będzie tracił paliwa i ludzi na miejsce, które nie przynosi zysku.
A jeśli przypłyną inni? Nie ustępowała. Będziemy gotowi. Wziąłem kij i poruszyłem węgle.
Snopy pomarańczowych iskier wzbiły się w powietrze. Jutro zaczniemy budować wieże sygnałowe na cyplach. Nazbieramy odłamków brązu z wraku starego statku. Wypolerujemy do połysku, żeby odbijały słońce.
Jeśli na horyzoncie pojawi się statek, dowiemy się o tym na długo, zanim ktokolwiek z nich zobaczy brzeg. Nie będziemy chować się w dołach, będziemy bronić swojego domu. Słowo dom spłynęło mi z warg bez wahania i zrozumiałem, że się nie przejęzyczyłem. Minęły dwa miesiące od dnia, gdy Wacław został wygnany do zgniłych błot.
Wyspa się odmieniła. Rozpadające się chaty gotowe runąć od pierwszego lepszego sztormu, zostały przebudowane. Wzmocniliśmy ściany kamieniem, zrobiliśmy dachy o właściwym spadku, żeby odprowadzać tropikalne ulewy. Kobiety już nie pracowały od świtu do nocy dla łyka wody.
Pojawił się wolny czas. Pojawiły się wieczory, kiedy można było po prostu siedzieć nad oceanem i słuchać przyboju, nie oczekując ciosu w plecy. W jeden z takich wieczorów, kiedy słońce, ogromne i purpurowe, opadało wprost w kipiącą wodę zachodniej rafy, cała osada zebrała się na centralnym placu. Dużych ognisk nikt nie rozpalał.
Powietrze było przesycone gęstym aromatem nocnych kwiatów i oceanicznej soli. Naprawiałem sieć rybacką siedząc na swoim zwykłym kamieniu. Kiedy zauważyłem, że rozmowy ucichły. Ludzie utworzyli szeroki półkrąg.
Z tłumu wyszła najstarsza z kobiet. Twarz miała pooraną głębokimi zmarszczkami, ale plecy trzymała prosto. Podeszła do mnie i zatrzymała się. Kajetan sikoro, powiedziała.
Głos miała cichy, ale w absolutnej ciszy placu brzmiał jak uderzenie dzwonu. Przybyłeś zza horyzontu. Ocean, ziemny dół, podwodna jaskinia, obcy z bronią. Wszystko próbowało cię złamać, ale wytrwałeś i obroniłeś tych, którzy nie mogli obronić się sami.
Obwiodła wzrokiem stojące wokół kobiety. Nie prosiłeś o władzę. Nie zabrałeś naszego źriódła, choć mogłeś. Dałeś nam dźwignię, dałeś wodę, dałeś ściany, które nie drżą od wiatru.
Nie jesteśmy już plemieniem Wacława. Jesteśmy wolnymi ludźmi, ale wolnym ludziom potrzebny jest ktoś, kto umie naprawiać to, co zepsute. Kobieta spojrzała mi prosto w oczy. Nie potrzebujemy władcy.
Potrzebujemy brata. Potrzebujemy przyjaciela. Prosimy cię, byś został na zawsze. Plac zamarł.
Czułem na sobie spojrzenia dziesiątek ludzi. Nie było w nich uległości ani strachu jak dawniej. Była nadzieja i szacunek. Powoli się podniosłem, zostawiając niedoplecioną sieć na kamieniu.
W głowie przemknęły obrazy z dawnego życia. Styczniowa Gdynia, Niespłacone długi, upokarzający strach w portowym barze. Wszystko to, do czego nie miałem najmniejszej ochoty wracać. A potem spojrzałem na świat wokół.
czarny wulkaniczny piasek. Ciepło ziemi przenikające przez bose stopy, bambusowy akwedukt, którym z cichym szmerem płynęło życie, mocne kamienne ściany nowych domów i twarze ludzi patrzących na mnie tak, jakbym był odpowiedzią na pytania, których nie śmieli zadać. Przeniosłem wzrok na Kingę. Stała nieco z boku, we włosach biały kwiat, a na wargach zastygł nieśmiały uśmiech.
nie odwracała spojrzenia, a w jej oczach wyczytałem wszystko to, co nie potrzebowało słów. Wziąłem głęboki wdech, wypełniając płuca czystym oceanicznym powietrzem. Zostaję. Powiedziałem.
Dwa słowa. Po prostu fakt. Tłum nie wybuchnął krzykiem. Nikt nie klaskał.
Ten gest był im nieznany. Zamiast tego nad placem przetoczył się niski, gęsty, żywiołowy pomruk głosów. Zaśpiewali. Pradawna pieśń bez słów, złożona jedynie z rytmu i oddechu, zlewała się z szumem oceanu i szelestem palm.
Później tej samej nocy, kiedy ogniska dogasły, a osada pogrążyła się we śnie, siedziałem na krawędzi zachodniego klifu, tego samego, z którego kiedyś skoczyłem w kipiącą otchłań. po świecący koralowiec. Za plecami rozległy się lekkie kroki. Kinga usiadła obok, na wciąż ciepłym bazalcie.
Długo milczeliśmy, patrząc na srebrzystą księżycową smugę przecinającą ciemną wodę aż do samego horyzontu. Nigdy tego nie pożałujesz? Spytała nagle nie odwracając głowy. Czego?
tego, że wybrałeś nasz mały kawałek skały zamiast ogromnego świata za oceanem. Uśmiechnąłem się, przypominając sobie zapach mazutu i szarą tęsknotę polskiej zimy. Tamten świat cały zardzewiał, Kingo, a tutaj wszystko jest uczciwe. Nie wzmocnisz ściany, dom runie.
Nie oczyścisz wody, zachorujesz. Żadnych złudzeń. położyła dłoń na mojej. Skóra była ciepła, zgrubiała od wiecznej pracy w wodzie.
Zbudujemy tu coś nowego, Kajetanie. To, czego Wacław nie mógł sobie wyobrazić nawet w najgorszych snach. Już zaczęliśmy. Ostrożnie ścisnąłem jej palce.
A to, co będzie dalej, spotkamy razem. Trzy lata później, u schyłku pory deszczowej, słońce powoli wznosiło się zza wschodniego horyzontu, barwiąc ocean na złoto i purpurę. Osada w wulkanicznej misie zmieniła się nie do poznania. W miejscu prostych chat z gałęzi stały solidne domy z ociosanego bazaltu, kryte gęstymi trzcinowymi dachami, którym niestraszne były żadne huragany.
Od górskiego strumienia ciągnął się złożony system bambusowych rur dostarczający wodę nie tylko do centralnego zbiornika, ale i do niewielkich tarasów, gdzie kobiety uprawiały słodkie korzenie i zioła. Na cyplach stały wysokie drewniane wieże, na których dniem i nocą pełnili warte strażnicy z wypolerowanymi do lustrzanego połysku brązowymi płytami, resztkami poszycia starego statku. Stałem na zachodnim klifie oparty o mocne drewniane barierki, które postawiliśmy dla bezpieczeństwa. Skóra przybrała kolor ciemnego dębu.
Ramiona rozrosły się wszerz. Ręce zgrubiały tak, że stały się podobne do wulkanicznej skały, po której chodziłem każdego dnia. Nagle mój wzrok zaczepił się o dziwną plamę na horyzoncie. Daleko, na samym skraju widoczności, tam gdzie niebo zlewało się z oceanem, majaczyła sylwetka.
ciemna, kańciasta, nienaturalnie równa jak na morski pejzaż. Nad nią wiła się cienka, ledwie dostrzegalna nitka gęstego czarnego dymu. Statek towarowy, z pewnością taki sam zardzewiały, przemytniczy masowiec, na którym niegdyś opuściłem port w Gdyni. Szedł swoim kursem, walcząc z oceanicznymi prądami, wioząc w ładowniach cudze sekrety, cudze strachy i cudzą chciwość.
Strażnicy na wieżach też go zauważyli. Usłyszałem cichy gwizd, umówiony sygnał. Czekali na moją komendę. Jeśli podniosę rękę, obrócą lustra i błyskami dadzą sygnał.
Mogliśmy dać znać. Mogliśmy zapalić ognisko. Mogliśmy dać wielkiemu lądowi do zrozumienia, że istniejemy. >> Patrzyłem na tę maleńką żelazną wysepkę cywilizacji pełznącą po bezkresnej wodzie.
W środku nic nie drgnęło. Ani nostalgii, ani chęci powrotu, ani nawet zwykłej ciekawości. Tamten świat nie miał już nade mną władzy. Powoli opuściłem rękę i pokręciłem głową.
Strażnicy zrozumieli znak. Lustra pozostały nieruchome, ogniska nie zapłonęły. Masowiec powoli przepełzł wzdłuż linii horyzontu i wkrótce zniknął za wypukłością ziemi, rozpływając się w porannej mgiełce. Odszedł w swój zimny, zepsuty świat, zostawiając nas w spokoju.
Uśmiechnąłem się, odwróciłem od oceanu i ruszyłem brukowaną kamieniem ścieżką w dół ku osadzie. W powietrzu pachniało świeżymi plackami i dymem czystego drewna. Przy progu najdalej położonego domu oparta o framugę drzwi stała Kinga i czekała na mnie, żebyśmy razem zaczęli nowy dzień. Po raz pierwszy w życiu nie musiałem niczego naprawiać.
Wszystko działało dokładnie tak, jak powinno.